Opowieść pewnego żeglarza… – Marzanna 2012

Pewnego upalnego popołudnia, stary marynarz Joe siedział w tawernie „Stary Port”, popijając chłodnego Kapera. Nagle podeszło do niego dwóch młodych żeglarzy i poprosili, aby opowiedział im jakaś historię. Joe zmarszczył brwi i zaczął prawić:

– Był 21 marca. Chłodny wieczór. Pamiętam jakby to było wczoraj. Grupa młodych żeglarzy zebrała się w siedzibie swojego bractwa, aby obmyśleć plan morderstwa. Tak… doskonałego morderstwa. Potrzebne rzeczy mieli już gotowe. Wystarczyło już tylko wybrać ofiarę. Było im obojętne kto ma zginąć. Nie mogli już zdzierżyć, że tak długo przebywają na lądzie. Chcieli odegrać się za wszystkie ponure miesiące kiszenia się w portach. Krew gotowała się im w żyłach, tak bardzo tego pragnęli.

Padło na kobietę, Marzannę. Pirata, którego znał cały Kraków. Oskarżyli ją o całe zło, które ich dotknęło przez te 4 miesiące. Schwytali ją, a następnie przywiązali do pala, coby im nie uciekła. Następnie spętali szmatami, a w luźne miejsca upchali łatwopalne materiały. Usta zakneblowali, a oczy przewiązali opaską. Każdy chciał przyłożyć rękę do tego czynu. Nikt tego wieczoru nie był obojętny temu co się działo. Z szantą na ustach i kuflem w dłoni pracowali ramię w ramię, aby jeszcze tej nocy dokonało się to, o czym od dawna rozmyślali.

Skończyli. Jeden z żeglarzy przerzucił Marzannę przez ramię i wyruszył nad brzeg Wisły. Za nim podążyła reszta. Szli nerwowym krokiem. Noc okrywała ich jak kochanka. Gdy dotarli na miejsce, wydali ze wszystek sił okrzyki na cześć Neptuna. Następnie ustawili się nad brzegiem, wysunęli deskę nad skarpę. Młody żeglarz, który trzymał w objęciach ofiarę, przeszedł z nią po desce. Na koniec podpalił i wepchnął do wody. Utonęła. Po chwili każdy z obecnych przy tym wydarzeniu poczuł na twarzy zachodni, ciepły wiatr. Nadchodziły lepsze dni…

Stary Joe skończył mówić. Odwrócił się w stronę kufla i ponowił degustację chłodnego trunku.

notował Paweł Jóźwik